czwartek, 13 września 2007

Jan Frąckowiak

Jan Frąckowiak - syn ziemi nowotomyskiej
Mój dziadek, Jan Frąckowiak urodził się 26 listopada 1898 roku w Grońsku koło Nowego Tomyśla, w rodzinie Andrzeja Frąckowiak i Marianny z domu Brych. Jak to głosi legenda rodzinna, pradziad Andrzej służył w Gwardii Cesarskiej z uwagi na swój postawny wzrost. Tereny te stanowiły wtedy część Cesarstwa Niemieckiego (ponieważ od 1871 Prusy przestały być samodzielnym państwem i stały się częścią Rzeszy Niemieckiej), więc dziadek uczęszczał do niemieckiej szkoły, Tam, zamiast uczyć się z polskiego elementarza i innych książek obowiązkowych w polskiej szkole, wkuwał w niezrozumiałym sobie języku "Der Kaiser ist ein lieber Mann und wohnet in Berlin"... http://www.kreuz.net/article.8559.html
Jako że służba wojskowa była obowiązkowa dla wszystkich, zapewne około 1915 został wcielony do armii niemieckiej i odbywał służbę w Głogowie, prawdopodobnie w 58 Pułku Poznańskim Piechoty. Po odbyciu wstępnych ćwiczeń, wkrótce - jak większość poddanych kajzera Wilhelma - został skierowany do walk frotowych. Brał udział w bitwach pod Dunquerką i Verdun, gdzie po raz pierwszy w dziejach użyto gazów bojowych. Niestety, również mój dziadek padł ofiarą tej (podówczas) nowoczesnej broni i do końca życia miał problemy z oczami. Na froncie belgijskim doszedł prawie do wybrzeża Morza Północnego, w związku z czym przeszedł również obowiązkową dla żołnierzy naukę pływania (metodą warszawską czyli po warszawsku - brzuchem po piasku). Dziadek jednak i tak nigdy nie nauczył się pływać, ani też ostatecznie nigdy nie widział morza...
Pamiętam częste wspomnienia dziadka o I wojnie światowej... Opowiadanie nam o swoich przeżyciach, na przykład o tym, jak żołnierze musieli okopywać się na terenach winnic, których podłoże składało się niemal wyłącznie ze skal wapiennych, co powodowało, iż samo okopywanie się było niezwykle ciężkim przedsięwzięciem. Opowiadał o „dziwnej wojnie”, gdy obie wrogie armie stały miesiącami naprzeciw siebie, nie podejmując żadnych działań. Tak, że w krótkim czasie żołnierze z obu stron znali się osobiście, a po pewnym czasie przychodziło im walczyć na wręcz ze sobą, Żołnierze spali w okopach miesiącami, w nieopisanie złych warunkach, bez możliwości kąpieli, bez dostępu do czystej i suchej odzieży. Opowiadał jak w czasie deszczu ziemia zamieniała się w błoto, nie było możliwości się położyć. Ściągano więc trupy poległych żołnierzy wroga, by na nich móc się położyć. Okropności wojny....
We Francji spotkał się też po raz pierwszy w życiu z dziwnymi czerwonymi jabłkami, które wyglądały bardzo smacznie, ale były praktycznie bez smaku. Okazało się, że to były pomidory, które rzeczywiście bez soli nie są zbyt smaczne...
Pod koniec wojny został wysłany do szpitala w związku z problemami z oczami. W tym samym czasie wybuchło Powstanie Wielkopolskie i dziadek został skierowany do walk z powstańcami w rejon Zbąszynka. Któregoś dnia wraz ze swoim niemieckim kamratem prowadził grupę powstańców do niewoli, ale jako że były to tereny rodzinne, nic dziwnego że wśród powstańców znajdował się jego kolega z ławy szkolnej, który zaczął go agitować, mówiąc o Niepodległej Polsce, o tym, że jako Polak powinien przystąpić do Powstania. Po stu latach niewoli, poczucie narodowe u przeciętnego Polaka nie było aż tak oczywiste i powszechne, ale mojego dziadka ostatecznie udało się przekonać. Pożegnał się z niemieckim kamratem, który wrócił do swoich, a dziadek - wraz z grupą powstańców - poszedł dalej. Poszedł walczyć o niepodległą Polskę, biorąc udział (w latach 1918-1919) w walkach na odcinku zbąszyńskim Grupy Zachodniej. Jako podoficer przeszedł szlak bojowy 2 Pułku Strzelców Wielkopolskich, przemianowanego następnie na 56 Pułk Piechoty Wielkopolskiej.
W 1920 roku został skierowany na front wschodni do walki z bolszewikami. Brał udział w walkach pod Bobrujskiem (dziś Białoruś) na Froncie Litewsko-Białoruskim. Za zdobycie bolszewickiego pociągu pancernego odznaczony został orderem Virtuti Militari V Klasy.
Po zakończeniu działań wojennych pozostał w 55 Pułku Piechoty Wielkopolskiej, który stacjonował w Krotoszynie. Tutaj poznał swoja żonę Helenę (z domu Leczykiewicz, urodzona w Krotoszynie 2 maja 1900 roku), z którą wziął ślub w 1923 roku. W Krotoszynie urodziło się ich troje dzieci: Henryk. Zbigniew i Maria (moja matka). Szczęśliwym zrządzeniem losu w 1982 roku zostałem asesorem, a następnie sędzia Sądu Rejonowego w Krotoszynie i pracowałem w tym mieście do 1986 r. Urodziłem się natomiast - w domu moich dziadków w Lesznie...
W wojsku dziadek służył do roku 1936. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia (zatrucie iperytem na froncie zachodnim) w stopniu starszego sierżanta przeszedł do rezerwy.
We wrześniu 1939 próbował bezskutecznie dołączyć do swojego pułku. Okupację spędził w Lesznie, w którym już pozostał do końca życia.
W czasie okupacji organizował pomoc dla jeńców angielskich, przebywających w obozach jenieckich koła Leszna. W 1945 roku organizował w Lesznie Straż Obywatelką, której był pierwszym komendantem. Był instruktorem przysposobienia wojskowego w Gimnazjum i liceum w Lesznie. Od 1948 roku był prześladowany za poglądy piłsudczykowskie (był delegatem Pułku na pogrzeb Marszałka w 1934 r.) a w konsekwencji został pozbawiony pracy. Utrzymywał się z uposażenia stróża w żwirowni.
Mój dziadek, Jan Frąckowiak, zmarł 15 czerwca 1970 roku w Lesznie. Został pochowany na tamtejszym cmentarzu, w kwaterze Powstańców Wielkopolskich. Był odznaczony również Krzyżem Walecznych i licznymi innymi medalami.
Andrzej Philips

Brak komentarzy: